Ol-trans – specjalista z doświadczeniem

fot. D.Piernikarski

W jaki sposób dobieracie kierowców?

Aleksander Rybka: Ktoś, kto przychodzi do nas do pracy i ma praktykę w jeżdżeniu na gabarytach, to coś już wie – to widać, gdy się rozmawia. Ale nowy, niedoświadczony kierowca będzie najpierw jeździć na zwykłej kurtynie, potem dostanie burtę rozciąganą, potem naczepę teleskopową, zacznie jeździć z szerszymi, potem dłuższymi ładunkami. Powoli, z biegiem czasu będzie otrzymywać coraz trudniejsze zadania. Nie ma w Polsce szkoły uczącej jeździć z ładunkami nienormatywnymi. To jest kwestia nabycia doświadczenia i umiejętności.

Monika Rybka-Rudewicz: Gdyby ładunki były standardowe, to można byłoby robić szkolenia na przykład na temat mocowania ładunków. Ale ponieważ każdy ładunek jest w zasadzie inny, to nie jesteśmy w stanie pokazać kierowcy, jak akurat ten ładunek zabezpieczyć. Oczywiście zdarza ją się powtarzalne ładunki, np. tramwaje czy śmigła, czyli w tym przypadku kierowca będzie wiedział, co należy robić. Często kierowcy jeżdżą w obsadzie podwójnej i ten bardziej doświadczony będzie mógł pokazać mniej doświadczonemu koledze, jak należy ten ładunek zamocować.

Ile w Waszym sukcesie zależy od ludzi, a na ile decyduje o tym sprzęt?

Monika Rybka-Rudewicz: Jeśli są dobrzy kierowcy i potrafią sobie poradzić z trudnymi sytuacjami czy awariami, które pojawiają się czasem na drodze, to dla nich najnowocześniejszy sprzęt – zwłaszcza ciągniki – nie jest niezbędny. Nawet najlepszy sprzęt potrafi się przecież zepsuć. My zatrudniamy kierowców „z głową”, którzy umieją samodzielnie rozwiązywać  problemy, także usunąć awarię najnowszego ciągnika czy naczepy.

Aleksander Rybka: Pamiętajmy, że to nie jest zwykły transport, to nie jest zwykła kurtyna czy nawet chłodnia, w której niewiele może się zepsuć, a jeśli to się stanie, to można pojechać do serwisu i usunąć awarię. Jeśli jest pakiet serwisowy, to jest to prostsze. W naszych naczepach tego nie ma. Szybkie reagowanie w trudnych sytuacjach, polegające np. na wysłaniu ekipy serwisowej w teren, w naszej branży jest nieuniknione. Pracujemy przecież głównie nocą.

Zdarza się, że właściciel firmy prześpi całą noc spokojnie?

Aleksander Rybka: Teraz już tak, ale nie jest to regułą. Trzeba trochę przeżyć, zebrać doświadczenia i dojrzeć do innego myślenia. Warto też mieć tu na miejscu zaufanych ludzi, którzy gdy trzeba, pomogą. Wiele też zależy od kierowców – wolę takich, którzy zanim sięgną po telefon do mnie, pomyślą i sami spróbują rozwiązać problem. Każdy ładunek jest trudny. Im jest cięższy lub większy, tym więcej mamy kombinowania. Jedno głupie zdarzenie na trasie może zgubić całą firmę.

Kupując nowy sprzęt, dobieracie naczepy pod określone zlecenie, określony typ ładunku czy raczej poszukujecie naczep, które będą mogły wykonać jak najwięcej zleceń.

Aleksander Rybka: Uniwersalność naszej firmy polega na tym, że poszukujemy naczep, które będą funkcjonalne w jak najszerszym zakresie. Nie ma naczepy, która przewiezie wszystko. Zamawiając nową, kieruję się założeniem, że dzięki niej będę mógł zaoferować coś więcej niż ma konkurencja. Ta nowa naczepa musi mieć coś dodatkowego – np. jako jedyni w Polsce mamy naczepy do wożenia śmigieł, ale 5-osiowe, natomiast wszyscy mają naczepy 4-osiowe. Różnica w cenie nie była duża, a mamy już coś innego niż konkurencja. Możemy pobrać ładunki o większym tonażu. Nie dobieram sprzętu tylko po to, żeby go mieć. Obecnie możemy przyjąć najtrudniejsze zlecenia,  dlatego nie wozimy typowych ładunków, takich jak koparki czy kombajny –  tu jest największa konkurencja i ceny są najniższe. Najważniejszą rzeczą w tej branży jest posiadanie sprzętu. Żeby odebrać nowy pojazd, trzeba często  czekać niemal rok, bo takie są terminy produkcji. W walce o klienta wygrywa firma, która jest w stanie niezwłocznie podjąć się realizacji zlecenia z prostego powodu: ma do tego odpowiednie naczepy. Jest tu całkowicie inaczej niż w transporcie dalekobieżnym, gdy wygrywając kontrakt, mogę zamówić na przykład 100 plandek i odbiorę je po 4 tygodniach. U nas tego nie ma. Często ważna jest gotowość. Zdarza się, że klient potrzebuje przewieźć specjalistyczny ładunek „na już”. Klienci pytają przede wszystkim o tabor – jakiego jest rodzaju, czy jest mój i kiedy możemy jechać. Zleceniodawcy nie poszukują pośredników. Szczególnie w przypadku dużych klientów selekcja wykonawców jest bardzo ostra – odpadają firmy spedycyjne typu biurko i laptop i słabo wyposażone. Często taki przesiew jest już na wstępie. Im większy producent, zleceniodawca, tym więcej tego typu wymogów.

Monika Rybka-Rudewicz: My, mając własny sprzęt, bierzemy całą odpowiedzialność na siebie. Mniejsze firmy zostaną albo wypchnięte z rynku, albo wchłonięte. Tym, którzy obecnie decydują się na rozpoczęcie własnej działalności transportowej, zwłaszcza z niewielką flotą, szczerze współczuję…

Czy w przewozach nienormatywnych też działa nieuczciwa konkurencja?

Aleksander Rybka: Jeśli składamy oferty – my i nasi konkurenci, którzy reprezentują już określony poziom – to nie po to, aby podejmować zlecenia za wszelką cenę. Jednak szaleńcy zawsze się znajdą, podejmą ryzyko, często nie dysponując nawet odpowiednim sprzętem. Zagrożeniem dla naszej branży są właśnie takie firmy, które nie mając doświadczenia i odpowiedniego sprzętu, chcą nagle być wielkimi gabarytowcami. Niektórzy z nich nie wiedzą nawet, jak robi się zezwolenia. Nie wyobrażam sobie, aby ktoś, kto ma dużą firmę – taką jak np. nasza – ryzykował w taki sposób. Można stracić nie tylko renomę, licencję, ale wprowadza się realne zagrożenia na drodze.

Czego byście sobie Państwo życzyli, aby w tym biznesie dobrze się pracowało?

Aleksander Rybka: Po prostu spokoju. Ja przez tyle lat funkcjonowania tej firmy doświadczyłem już chyba wszystkiego. Teraz życzyłbym sobie spokoju w biznesie. Co chwilę są wprowadzane jakieś zmiany, jest coraz więcej wymagań stawianych transportowcom, coraz więcej dodatkowych opłat typu myto, opłaty paliwowe, stawki minimalne, noclegi kierowców itd. Komisja Europejska kładzie nam przysłowiowe kłody pod nogi. Do tego dochodzą kontrole chyba z wszystkich urzędów, jakie są w Polsce. Dla mnie to jest nienormalne. Nie mogę się zająć moimi klientami, jechać na rozmowy o zleceniach, tylko muszę być tu na miejscu, chodzić po urzędach i wypisywać jakieś kwity. Przez to, że polska gospodarka jest coraz bardziej powiązana z polityką, to jest w tym coraz mniej pracy. Coraz trudniej jest zarobić i dać zarobić komuś innemu…

fot. D.Piernikarski